TET/Biebrzański Park Narodowy i wschodnie rubieże – 2020.11.7-8

Do dyspozycji miałem sobotę i niedzielę. Opcje były dwie: albo w stronę Białegostoku i później na północ przez Biebrzański Park Narodowy, bądź na południe, w kierunku Hajnówki i Białowieskiego Parku Narodowego.

Uznałem, że jednak wybiorę opcję pierwszą. Do Hajnówki i Białowieży już śmigałem, a z trasą powrotną trzeba by kombinować, ewentualnie wracać tą samą drogą. Poza tym ten kierunek przez Kruszyniany jakoś mi spowszedniał, mam wrażenie, że to właściwie zaraz obok:] Ściągnąłem pliczek z trasą TET i po przeklikaniu kilku aplikacji do jego otworzenia, ostatecznie zatrzymałem się na OsmAnd. Muszę przyznać, że wszystkie te aplikacje są strasznie toporne i mało intuicyjne. OsmAnd wydał mi się po prostu najlepszy z kiepskich. Do poszukiwań lepszej apki trzeba by było przeznaczyć dużo więcej czasu, a ja chciałem już jechać. Przejrzałem trasę na Googlu z satelity i wybrałem miejsce z większą ilością lasów, mniej więcej w obszarze w którym mógłbym zakończyć dzień, bez większego ciśnienia i z marginesem czasu na znalezienie obozowiska. Wypadło na okolice Sztabina. Gdzie dokładniej – decyzje zostawiłem na żywioł. 

Dzień 1: Szudziałowo - Knyszyn - Goniądz - Suchowola - Fiedorowizna

Wyjechałem około 9. Do kanapy KLR linkami przyczepiłem wypchany plecak, namiot i śpiwór, a gdzieś pomiędzy jeszcze saperkę. Na początku trasa prowadziła po znanych mi już terenach, chociaż ciągle endurowo i widokowo bardzo aktrakcyjnych – Sosnowik, Lipowy Most, Surażkowo. 

W tej ostatniej miejscowości znajduję się przydrożna galeria rzeźby – w ramach Szlaku Powstania Styczniowego. Wokół drogi, pomiędzy rozłożystymi, wysokimi i porośniętymi mchem drzewami stoją wielkie drewniane rzeźby i kapliczka. Rzeźby są wielkości człowieka, część z nich również pokryte mchem, całość tworzy ciekawy, tajemniczy klimat. Niedaleko jest też cmentarz wojenny. Zrobiłem tu małą przerwę. 

Przed Supraślem wyjeżdża się na asfalt, na szczęście tylko na 7 km. W ogrodniczkach znowu zjeżdża się na szutry. W Nowodworcach, przecinając rzekę Supraśl, widziałem kąpiących się przy moście morsów 🙂 Dwóch chłopaków w rzece i trzeci koleżka obserwujący wszystko z plaży. Szkoda, że nie zatrzymałem się, żeby strzelić im fotkę. Trasa prowadzi pętlą omijając od północy Białystok i skręca na północ w kierunku Knyszyna. Cały czas szutry, małe zabite dechami malownicze miejscowości i sporo prostych kawałków na których można solidnie przycisnąć. Trzeba tylko uważać na ciągniki, które kręcą się od czasu do czasu. Za Knyszynem, malutki kawałek asfaltem i już zaraz wjechałem na Teren Biebrzańskiego Parku Narodowego. 

Tutaj robi się już inaczej. Pojawia się co raz więcej podmokłych terenów, długi czas pruje się asfaltem przez gęste lasy. Trasa TET zjeżdża też kawałek na leśne ścieżki. Jest ich tutaj dużo więcej, wystarczy zjechać z głównej drogi. Spotkałem kilku spacerowiczów, a poza tym cisza, spokój i piękne zielono-jesienne, pachnące lasy. W Goniądzu przejechałem Biebrzę i podjechałem do jednej z drewnianych wież widokowych. Nie są one szczególnie wysokie, ale rozpościera się z nich piękny widok na bezkresne, bagniste, płaskie tereny doliny Biebrzy. 

Mniej więcej w miejscu między Goniądzem a Suchowolą przecina się asfaltową trasę i wjeżdża na kolejny mega dziki i niesamowity fragment, wzdłuż Biebrzy. Jedzie się polną ścieżką między szuwarami. No i pustka, sarny i ogromne stada żurawi. Jeśli chodzi o ludzi to minąłem jakiegoś wędkarza na skuterku :]. W pewnym momencie zjechałem z trasy i pojechałem do Suchowoli, bo tam właśnie upatrzyłem sobie stacje benzynową. Chciałem zatankować, żeby jutro ruszać już z pełnym bakiem, a przy okazji wciągnąłem obowiązkowego hot-doga i zapiłem kawką. To był również bardzo malowniczy kawałek trasy, bezkresne przestrzenie i ciągnące się po obu stronach łąki. Stamtąd wróciłem na trasę tetową, a konkretnie do miejscowości Wrotki. Mniej więcej tutaj planowałem zacząć poszukiwania miejsca noclegu.

Od tego miejsca zaczynają się lasy ciągnące się wokół miejscowości Sztabin. Przejechałem je wzdłuż i wszerz, ale idealnego miejsca na biwak, w miarę ukrytego, z przestrzenią na ognisko i z zapasem drzewa niestety ciągle nie mogłem znaleźć. Sporo było też obszarów z ostrzeżeniami o wycince, więc nie chciałem się tam ładować. W końcu znalazłem odpowiednie miejsce, ciągle w lesie, ale dosyć blisko kilku domostw. Nie było już czasu, trzeba było się decydować. Rozbiłem namiot, wykopałem piękne miejsce na ognisko, pozbierałem i przygotowałem drzewo. Niestety po poprzednim dniu wszystko było co najmniej wilgotne. 

Kiedy przyszedł czas na rozpalenie ognia, brzuszek burczał, a kiełbaska już czekała na pieczenie, pojawiły się schody. Za nic nie mogłem rozpalić ognia. Gałęzie były zbyt wilgotne. Niestety nie zaopatrzyłem się wcześniej wzorem bushcraftowego  w duże ilości brzozowej kory. Mając zapalniczkę i trochę papieru toaletowego udawało mi się coś rozpalić tylko na chwilę. Męczyłem się spokojnie z godzinę. Próbowałem naskrobać trochę wiórów i zacząć odpalać od nich. Sukces był tylko chwilowy. Byłem już bliski wizji nocy bez ogniska, czyli dramatu :). W końcu jednak wyjąłem biwakową gazową kuchenkę, usypałem z drzewa kopiec, na dół wcisnąłem kuchenkę i odpaliłem porządny płomień pilnując przy tym, żeby puszka z gazem się nie nagrzała. Mimo solidnego płomienia musiałem wypalić dużo gazu zanim gałęzie rozpaliły się na dobre. Oj trzeba się podszkolić z rozpalania ognia w trudnych warunkach, bo to była porażka. Dobrze, że miałem kuchenkę i nie wylądowałem z samym krzesiwem w rękach, bo pierwotnie były i takie ambitne pomysły.  

Kiełbaska doczekała się więc pieczenia, a dalsze kilka godzin spędziłem na gapieniu się w ogień i dorzucaniu drzewa czyli tym co gumisie lubią najbardziej 😀

Dzien 2: Fiedorowizna-Dąbrowa Białostocka-Kuźnica-Klimówka-Minkowce-Harkawicze

Spało się całkiem nieźle. Śpiwór z decathlonu na niskie temperatury, dmuchana mata i termoaktywna bielizna zdały egzamin. Jedynie przez stromiznę na której rozbiłem namiot trochę ześlizgiwałem się w nocy „w nogi”, ale generalnie byłem wyspany. Powylegiwałem się trochę w namiocie i w końcu wyściubiłem nos na zewnątrz. Pogoda znośna, nie padało, nie było też szczególnie zimno. Z ogniska został ciepły popiół. Zgodnie z tradycją pierwsze siku skierowałem właśnie tam. Szybko się ogarnąłem, przysypałem ognisko, zagotowałem wodę na yerbę i byłem gotowy do drogi. Zdecydowałem, że podjadę najpierw na stację w Dąbrowie Białostockiej, żeby się trochę posilić i zaopatrzyć, a dalej pojadę jeszcze bardziej na wschód i wzdłuż granicy na południe w kierunku domu.

Pogoda się poprawiła, zaczęło świecić słońce, aż żałowałem, że nie wziąłem okularów. Jechało się przecudownie. Jeszcze trochę przedzierałem się przez podmokłe lasy, a za Dąbrową, bliżej granicy, krajobraz zmienił się na puszczańsko-rolniczy (moja autorska kategoria) – pola i zielone łąki aż po horyzont, zalane jesiennym słoneczkiem. Na każdym kroku spotykałem stada sarenek i krążące nad głową myszołowy. Homo sapiens widziałem jedynie jadących samochodem gdzieś, hen daleko. Można było odetchnąć pełną madhorsesową piersią. 

Cały czas, jeśli tylko była taka możliwość, przecinałem wskazaną przez nawigację trasę na skróty przez jakieś leśne bardziej hardkorowe ścieżki. W pewnym momencie, wydaje mi się, że w okolicy Wołyńców wjechałem na małą, malowniczą, zasypaną liśćmi ścieżkę. Zachwycony przypadkowo znalezionym miejscem, jadąc trochę za szybko, poślizgnąłem się na liściach. Przez chwilę walczyłem jeszcze o utrzymanie równowagi robiąc kilka odbić od lewej do prawej, aż w końcu się przewróciłem. Noga gdzieś mi zeskoczyła, próbując się ratować zaryłem stopą o ziemię, w kostce pojawił się pieruński ból. Zauważyłem jednak, że z baku wycieka benzyna, więc błyskawicznie zapomniałem o bólu i po kilku próbach podniosłem motocykl. Ok, motocykl przeżył, da się jechać dalej. Noga jeszcze trochę pobolała, ale wydawało się, że będzie dobrze. Ruszyłem w dalszą drogę. Przeciąłem Kuźnice, w której jest przejście graniczne. Śmignąłem przed stojącymi w kolejce tirami i poleciałem dalej wzdłuż samej granicy. Po lewej miałem Białoruś, właściwie słupki graniczne, a za nimi białoruski las. Zatrzymałem się w Klimówce pod kościołem. Chciałem wciągnąć snickersa i dać odpocząć nodze.

Mijając kolejne podlaskie wioseczki znalazłem przyjemne, ciche miejsce kawałek od drogi – wysepkę na wzniesieniu z kępką drzew, wśród pól z usypanymi kamieniami i jakimś gruzowiskiem. Na pozostałości po jakimś betonowo-kamiennym stropie widniała data – 1937. Postanowiłem się tam zatrzymać i skorzystać z pięknej pogody, przysiąść na kamieniu, złapać trochę cennych promieni słońca, poczilować, poczytać książkę i odpocząć ciesząc oczy pięknym krajobrazem. Tak też zrobiłem. Noga ciągle bolała, ale kuśtykając mogłem chodzić. 

Stąd miałem już raptem 10 km do domu. Po powrocie okazało się, że noga puchnie, a chodzenie staje się wręcz niemożliwe. Następnego dnia odwiedziłem lekarza, ale uspokoił mnie, że na pewno nie jest złamana lecz skręcona i potrzebuje odpoczynku. Pojawiła się opuchlizna i obrzęk, ale później było już tylko lepiej 😀